Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2011

Aktualności czyli muzykalne Barbórki


Barbara to dzisiejsza solenizantka. Nie sposób o niej nie pamiętać. Święto patronki górników obchodzi się od morza do Tatr. Jej imię nosi w Polsce co 50-a osoba płci pięknej. Jeżeli ktoś chce zadać sobie trochę trudu i wyliczyć, ile Barbarek mamy w kraju, niech liczy i do mnie napisze. Będę zobowiązana.
Imię to wywodzi się z greckiego przymiotnika „barbaros”. Słowo to desygnowało każdego, kto nie był Grekiem, czyli po prostu cudzoziemca. Poprzez łacinę nabrało nowego,dzisiaj jeszcze aktualnego znaczenia: barbarzyńcy.
O tym, że Barbary nie muszą być barbarzyńcami, będzie ten wpis. Postaci, które zaraz muzycznie się przedstawią, są ucieleśnieniem łagodności, figlarności, melancholii, piękna, inteligencji, talentu…


Zatem, w kolejności zupełnie przypadkowej, oto One:


Bardzo zapomniana - a szkoda - Barbara Rylska. (Portugalczycy proszeni są o niesłuchanie tej piosenki)



po prostu Barbara... (poniżej najnajnajpiękniejsza - jak dla mnie - piosenka Barbary, która zresztą nazywała się zupełnie inaczej; ale to przecież nikomu nie wadzi, zwłaszcza Barbarom)



Barbara Bonney - z tą Barbórką spotkałam się pierwszy raz właśnie dzisiaj; zobaczymy, czy z tej znajomości coś wyniknie…




Barbara Kraftówna - w roli zupełnie innej,  niż można było się spodziewać, patrząc na jej zdjęcie z filmu Wojciecha J.Hasa









czwartek, 24 listopada 2011

Śpiewać każdy może?

Nie dane mi było niestety zobaczyć spektaklu Krystyny Jandy, który był niedawno pokazany w telewizji. Zaciekawiła mnie natomiast historia głównej bohaterki, która istniała naprawdę. W jej właśnie rolę wcieliła się perfekcyjnie (co oceniam  na podstawie zajawek i fragmentów z tytuby) pani Janda. Kilka dni temu wpadłam na ślad owej pani, zupełnie przypadkiem i, ucieszona znaleziskiem, zaczęłam się dokumentować. Pokrótce zatem – nawet jeśli znacie – to posłuchajcie.

Florence Foster Jenkins była Amerykanką (oczywiście wiemy rozumiemy, że to jeszcze nie profesja ;) oraz córką bogatego bankiera. Od dziecka marzyła o karierze śpiewaczki i o występach na scenie. Dążyła do tego drobnymi kroczkami ale z wielkim uporem. Najpierw, wbrew woli rodziców opuściła dom, utrzymując się z lekcji fortepianu. Mizerne było to utrzymanie i nie pozwalało jej na realizację szczytnego celu, który sobie obrała. Wyszła za mąż ale dość szybko wróciła, gdy okazało się, że jej mąż zupełnie nie podziela ani nie rozumie jej pasji. Po kolejnym okresie biedowania i po śmierci ojca, wróciła na łono rodzinnego domu. Mogła zacząć rozwijać skrzydła. A rozwinęła je na dobre w wieku lat sześćdziesięciu – gdy została zupełną sierotą po rodzicach, którzy mimo wcześniejszych obietnic, nie wyrzekli się jej finansowo.
„Te trochę grosza” pozwoliło jej na realizację SIEBIE. Sprawiła sobie młodego akompaniatora, który wpadł w sidła jej determinacji, pewności siebie i przekonania o własnej wyjątkowości. A wyjątkowa była… Jedyna taka…
Stać ją było od tej pory również na wynajmowanie sal koncertowych. Ludzie walili drzwiami i oknami na jej recitale: Mozart, Strauss, Bach, nie lękała się nikogo i niczego.
Przysłowiową wisienką na torcie, który sobie upiekła były nagrania studyjne (dzięki nim wiemy, jak „wyglądał” jej głos), a przede wszystkim słynny koncert w Carnegie Hall w październiku 1944 roku. Ma wtedy 76 lat.
Miesiąc później … umiera. Na zawał serca. Spowodowany zbyt dużym ciężarem  pozytywnych emocji – jak sądzą jedni? A może, jak sądzą inni,  po wielkim koncercie w tak ważnym miejscu zdała sobie sprawę, że stała się swego rodzaju  „kobietą z brodą”, na którą wali się do cyrku, żeby zaspokoić ciekawość i się obśmiać? W każdym bądź razie zapisuje się w historii muzyki – choć na pewno nie w taki sposób, jak by pragnęła -  gdyż uznana zostaje  … „najgorszą śpiewaczką świata”.
Rzeczywiście należy przyznać, że śpiewać nie umiała. Nawet chyba należy to głośno powiedzieć. I to nawet jeśli jest się samemu osobnikiem, któremu słoń na ucho nadepnął i to dotkliwie.
A może jednak przywykliśmy za bardzo do pewnych kanonów, którymi rządzi się belcanto? I czyż należy rzeczywiście wykluczyć, że Florence nie miała talentu? Przecież zjednuje sobie ona młodego pianistę, który najpierw nie wierzy, w to co słyszy, a z czasem zamienia się w niestrudzonego piewcę swojej chlebodawczyni. A ludzie, którzy przychodzą jej słuchać? Przecież nikt z nich nie klaskałby na bis, gdyby cierpiał katusze słuchając Florence. Ani patrząc na jej ponoć arcykomiczne „przebiory” i choreografie. A bisy zawsze miały miejsce. Skąd zatem ich fascynacja najgorszą śpiewaczką świata? Czy po ludzku uznali, że daje im ona najlepszy w życiu ubaw, taki po pachy  i, że nigdy więcej takiego zjawiska nie zobaczą? A może urzekła ich jej determinacja, jej potrzeba spełnienia marzeń, nawet za cenę ich nieskrywanych drwin i śmiechu?


Poniżej linka do najsłynniejszej arii  Królowej Nocy z „Czarodziejskiego fletu” W.A.Mozarta, w wykonaniu Florence Foster Jenkins.





 A tutaj linka do wykonania cudownej Lucii Popp, uznawanej za najlepszą interpretatorkę Królowej Nocy XX wieku.


 




sobota, 19 listopada 2011

Żeby się odsmutnić po poprzednim wpisie…



Loda Halama, skarb polskiego międzywojnia, gejzer humoru, wulkan energii, mistrzyni świata uśmiechu, właścicielka najpiękniejszych nóg wśród pań tańczących, pląsających i nietańczących. Jak ona tańczy!

niedziela, 13 listopada 2011

Kategoria: wzruszenie

Johnny Cash kojarzył mi się do niedawna wyłącznie z muzyką country, której słuchaczką nie jestem i nie byłam. Może poza bardzo krótkim okresem w dzieciństwie, kiedy fascynowała mnie …  Dolly Parton. Jej przepastne dekolty, duże błękitne oczy, talia stworzona w sam raz dla jednej kowbojskiej garści oraz makijaż typu 180% normy  – w peerelowskim telewizorze to było coś. Trochę później zdarzało mi się jeszcze słuchać audycji Korneliusza Pacudy o wszystkich drogach do Nashville. Jest też jedna „kantrowa” piosenka, którą kocham nad życie. To „My rifle, my pony and me”, z pewnego cudownego westernu, w cudownym wykonaniu dwóch cudownych kowbojów. Na tym chyba country w moim życiu się kończy – może niesłusznie, ale póki się żyje, ponoć wszystko jest jeszcze do nadrobienia.
No ale przecież o Johnnym Cashu miało być. Otóż któregoś popołudnia słucham Trójki. Gdy pada nazwisko Casha, ociupinkę się dziwię. Popołudniowe, trójkowe audycje nie proponują zazwyczaj o tej porze country.

Pierwsze takty i …
… ciarki… gęsia skórka… poruszenie… wzruszenie…

Piosenka się kończy a ja nie mogę się posklejać. Co gorsza, nie mogę sobie przypomnieć tytułu utworu! Zdołałam w końcu wydobyć z pałających uszu parę angielskich słów z piosenki i, trzęsącymi rękami wklepałam je, razem z nazwiskiem Casha, do wyszukiwarki. Po kilkudziesięciu długich sekundach wiedziałam wszystko.
Autorami utworu są Nick Cave i Mick Harvey. Prawykonawcą jest oczywiście Nick Cave ze swoją grupą The Bad Seeds. Później wielu innych śpiewa tę piosenkę: wśród nich Camille O`Sullivan, Kazik Staszewski, no i oczywiście Cash.
Gdy otrząsnęłam się z hipnotycznej interpretacji Johnny Casha (a trwało to dość długo), przesłuchałam wszystkie inne wykonania, które znalazły się w moim zasięgu (o dzięki tytubo!).
I nikt inny, a właściwie NIKT INNY nie wykonał tego utworu w sposób tak przejmujący i głęboko ludzki jak Johnny Cash! Słucham jego „The Mercy Seat” często, za każdym razem jest to dla mnie trudne do opisania, wielkie przeżycie…






 











 Poniżej oryginalny tekst Nicka Cave`a, a jeszcze ciut poniżej, świetne tłumaczenie autorstwa Romana Kołakowskiego.

The Mercy seat
It began when they come took me from my home
And put me in Dead Row,
Of which I am nearly wholly innocent, you know.
And I’ll say it again
I..am..not..afraid..to..die.
I began to warm and chill
To objects and their fields,
A ragged cup, a twisted mop
The face of Jesus in my soup
Those sinister dinner meals
The meal trolley’s wicked wheels
A hooked bone rising from my food
All things either good or ungood.
And the mercy seat is waiting
And I think my head is burning
And in a way I’m yearning
To be done with all this measuring of truth.
An eye for an eye
A tooth for a tooth
And anyway I told the truth
And I’m not afraid to die.
Interpret signs and catalogue
A blackened tooth, a scarlet fog.
The walls are bad. Black. Bottom kind.
They are sick breath at my hind
They are sick breath at my hind
They are sick breath at my hind
They are sick breath gathering at my hind
I hear stories from the chamber
How Christ was born into a manger
And like some ragged stranger
Died upon the cross
And might I say it seems so fitting in it’s way
He was a carpenter by trade
Or at least that’s what I’m told
Like my good hand I
tatooed E.V.I.L. across it’s brother’s fist
That filthy five! They did nothing to challenge or resist.
In Heaven His throne is made of gold
The ark of his Testament is stowed
A throne from which I’m told
All history does unfold.
Down here it’s made of wood and wire
And my body is on fire
And God is never far away.
Into the mercy seat I climb
My head is shaved, my head is wired
And like a moth that tries
To enter the bright eye
I go shuffling out of life
Just to hide in death awhile
And anyway I never lied.
My kill-hand is called E.V.I.L.
Wears a wedding band that’s G.O.O.D.
`Tis a long-suffering shackle
Collaring all that rebel blood.
And the mercy seat is waiting
And I think my head is burning
And in a way I’m yearning
To be done with all this measuring of truth.
An eye for an eye
And a tooth for a tooth
And anyway I told the truth
And I’m not afraid to die.
And the mercy seat is burning
And I think my head is glowing
And in a way I’m hoping
To be done with all this weighing up of truth.
An eye for an eye
And a tooth for a tooth
And I’ve got nothing left to lose
And I’m not afraid to die.
And the mercy seat is glowing
And I think my head is smoking
And in a way I’m hoping
To be done with all this looks of disbelief.
An eye for an eye
And a tooth for a tooth
And anyway there was no proof
Nor a motive why.
And the mercy seat is smoking
And I think my head is melting
And in a way I’m helping
To be done with all this twisted of the truth.
A lie for a lie
And a truth for a truth
And I’ve got nothing left to lose
And I’m not afraid to die.
And the mercy seat is melting
And I think my blood is boiling
And in a way I’m spoiling
All the fun with all this truth and consequence.
An eye for an eye
And a truth for a truth
And anyway I told the truth
And I’m not afraid to die.
And the mercy seat is waiting
And I think my head is burning
And in a way I’m yearning
To be done with all this measuring of proof.
A life for a life
And a truth for a truth
And anyway there was no proof
But I’m not afraid to tell a lie.
And the mercy seat is waiting
And I think my head is burning
And in a way I’m yearning
To be done with all this measuring of truth.
An eye for an eye
And a truth for a truth
And anyway I told the truth
But I’m afraid I told a lie.


Krzesło łaski
Zaczęło się wszystko,
Gdy z domu mnie wzięli
I w celi śmierci zamknęli
Więc powtórzyć wam chcę:
Jestem prawie niewinny, nie
Śmierć nie przeraża mnie
Przedmioty tłem się stały
Bezkształtem zabijały
Podejmę ten wysiłek
Ostatni zjem posiłek
Przyprawia mnie o mdłości
Mięso z dodatkiem kości
I twarz Jezusa w zupie
Wytrzeszcza oczy trupie
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi pęka
I tęsknię za tą chwilą
Gdy test na prawdę skończy się
Za oko oko, ząb za ząb
Nikt mi nie zajrzy w duszy głąb
Śmierć nie przeraża mnie
Chcę zapamiętać każdy znak
Choć jej szczególnych znaków brak
Bo pustka nie ma blizn i ran
Składa się z zimnych, czarnych ścian
Gdzie mi przenika dreszczem kark
Dotknięcie nierealnych warg
Dotknięcie lodowatych, zbielałych warg
Wciąż słyszę różne historie
O tym jak się Chrystus narodził
W stajni, potem skonał na krzyżu,
By zbawić biedaków i cały świat
Ten gość z zawodu cieślą był
Opowiadają mi jak żył i jak w kłopoty wpadł
Gdy prawą ręką wkłuwałem zło
W tatuaż jej siostry lewej
Żaden z palców nie protestował
A przynajmniej ja nic o tym nie wiem
Gdzieś tam na niebie wysoko
Lśni Boga tron szczerozłoty
U stóp ma arkę przymierza
Losem świata może kierować sam
Na moim tronie z prądem drut
Zamienia ciało w popiół, w brud
Dziś Bogu szansę dam
Na krześle łaski zasiadam
Drut nagą głowę oplata
Jestem jak ćma,
Która szuka szczęścia w ogniu,
Co w proch zmieni ją
Gdy ciało się zaczyna tlić
To śmierć schronieniem może być
Perfidną z bólem grą
Choć dłoń mordercza jest podła
Ta druga mogła być dobra
Obrączkę na niej nosiłem
Narzędziem tortur ból dławiłem
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi płonie
I tęsknię za tą chwilą
Gdy mierzenie prawdy skończy się
Za oko oko, ząb za ząb
Niech zamiast czasu płynie prąd
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski już płonie
I czuję jak głowa się jarzy
I czekam wciąż z nadzieją,
Że ważenie prawdy skończy się
Za oko oko, ząb za ząb
Niech zamiast krwi popłynie prąd
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski się jarzy
I czuję jak głowa mi dymi
I czekam niecierpliwie
Że spojrzenia wrogie odwrócą się
Za oko oko, to wasz błąd
Nic mi nie udowodnił sąd
A jednak skazał mnie
A krzesło łaski już dymi
I czuję jak głowa topnieje
Przestańcie prawdą żonglować
Niech te relacje skończą się
Za kłamstwo kłamstwo, fakt za fakt
Wszystko stracone już i tak
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski topnieje
A krew w tętnicach zawrzała
Ach jak ich rozczarowałem
Gdy w sprawiedliwość bawili się
Za dobro dobro, zło za zło
Wyznałem całą prawdę bo
Śmierć nie przeraża mnie
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi płonie
I tęsknię za tą chwilą
Gdy wreszcie wrabiać przestaną mnie
Za życie życie, fakt za fakt
Dojść nie zdołacie, bo i jak?
Czy kłamię wciąż czy nie…
A krzesło łaski już czeka
I czuję jak głowa mi pęka
I tęsknię za tą chwilą
Gdy skończy się na prawdę test
Za oko oko, ząb za ząb
Przeraża popełniony błąd
To kłamstwo prawdą jest!










czwartek, 10 listopada 2011

Jesień...

Dzisiejsze słońce nie pozwoliło usiedzieć w czterech ścianach.
Wyszły na spacer szaliki, czapki i inne zimowe już imponderabilia. Słoneczne okulary wymówiły się jesienną depresją i przepracowaniem w sezonie letnim. Na wieść, że doświetlenie dobrze by im zrobiło – zbladły, w związku z czym stały się nieprzydatne.
Rześkie powietrze pachniało wniebogłosy jesienio-zimą. Koleiny wyżłobione przez samochody podczas ostatniego deszczu (zaraz zaraz, kiedy to było?), pełne były szronu, nieczułego na zaloty wysokiego już słońca.
Tak jak w ciągu całego roku, tak i teraz  przyroda nosi się bardzo elegancko. Zwłaszcza w słoneczno-złotej  oprawie. Piękno jej nie jest wiosennie obiecujące i rozbrykane, ani letnio  rozbuchane i oczywiste. Teraz trzeba się go doszukiwać, dopatrywać. W graficznych  aktach drzew, wystawionych w całej okazałości na smagania wiatru. W wychudłych trawach, jeszcze wyprostowanych jak dzielni, mali żołnierze na zbyt długiej warcie. W zastygłych jak skamieliny kwiatostanach roślin, których nazwy znam tylko dlatego, że sama im nadaję imiona.
Na przykład fajka robertyńska: dziewoja słusznej postury, z krótko przystrzyżonym, rudo-czerwonym pióropuszem, wywiniętym w wyrafinowany, szczupły cybuch.
Albo maczek dyskretny: indywiduum wzrostu prawie nikczemnego, o licznych, drobniutkich  makówkach płowej maści, w sam raz na makowniczek? na kompocik?
Albo taka  stokwiatka rdzawo-rubinowa: wielodzietna mateczka, kryjąca się przed spojrzeniem intruza wśród wyblakłych traw (nadaremnie, bo z takim makijażem nie sposób jej nie dojrzeć).
Wszystko to i inne uśmiecha się spod zeschłego liścia: zima, zima? jaka zima?
Zima łąki się nie ima!
Przecież mocno się trzymamy.
My się tak łatwo nie damy!
Już liściopad, a my liście mamy!

A kalina?

A Kalina?
To jesienna jest dziewczyna…




Magdalena Kozena

Kryształowy głos, który przywraca wiarę w niebo i istnienie aniołów…

Usłyszałam o niej po raz pierwszy mniej więcej 10 lat temu. Jakieś francuski portal internetowy  – nie pamiętam już jego nazwy – zamieścił recenzję płyty z utworami Haendla, w wykonaniu nieznanej mi śpiewaczki. Haendla wtedy już znałam i  bardzo ceniłam. O czeskiej mezzosopranistce nie wiedziałam zupełnie nic. Ale ponieważ Polak i Czech są jak Pat i Mat, w przerwie obiadowej popędziłam do FNAC-u (coś jak nasz EMPiK) i kupiłam płytę Magdaleny Kozeny. Były to „Italian cantatas”. Od tej pory zachowuję się jak rasowa fanka: kupuję wszystkie dostępne nagrania, zaglądam regularnie na internetową stronę artystki, utworzoną przez jej miłośników. Ba! wchodzę na portale plotkarskie, których bohaterami są operowe gwiazdy (tak tak, też nie mogłam w to uwierzyć, ale są takie!) i marzę, żeby usłyszeć i zobaczyć obiekt mego podziwu na żywo. Marzenie to się ziściło zupełnie niedawno! Ale o tym kiedy indziej …
Magdalena przychodzi na świat w Brnie, na Morawach, w 1973 roku. W dzieciństwie śpiewa w Chórze Dziecięcym Miasta Brna, ale nauka gry na fortepianie (pobiera lekcje w brneńskim konserwatorium) zajmuje ją do tego stopnia, że bardzo poważnie myśli o karierze pianistycznej. Los decyduje inaczej: w nieszczęśliwym wypadku Magdalena doznaje złamań obydwu rąk i musi porzucić swe marzenia. Kontynuuje naukę śpiewu w Wyższej Szkole Sztuk Muzycznych i Teatralnych w Bratysławie, z zamiarem … śpiewania w chórze. Na szczęście trafia pod opiekę prof. Evy Blahovej, której doświadczone ucho rozpoznaje diament.
Kariera Magdaleny rozpoczyna się na dobre w roku 1995, I-ą nagrodą na Międzynarodowym Konkursie Mozartowskim w Salzburgu. Od tej pory występuje w operach na najważniejszych scenach  świata, daje recitale solowe z towarzyszeniem najbardziej cenionych zespołów i dyrygentów. W 2003 roku otrzymuje z rąk francuskiego ministra kultury i sztuki  tytuł Chevalier des Arts et des Lettres.
Ma bardzo szeroki repertuar, choć najważniejsze miejsce w nim zajmuje muzyka klasyczna i barok.
A barok tygrysy lubią najbardziej…   ; ) Zwłaszcza w wykonaniu Magdaleny Kożeny.
A dlaczego?
Gdyż jest wrażliwa i porusza słuchacza prawdziwością swoich emocji.
Gdyż z największą wydawałoby się łatwością przechodzi od jednej karkołomnej figury do drugiej.
Gdyż w swoich interpretacjach nie obawia się zaśpiewać „brzydko”, jesli posłużyć ma to uwypukleniu muzyki i tekstu.
Gdyż ma przepiękną barwę głosu.
Gdyż taki głos chciałabym słyszeć po drugiej stronie tęczy.
Gdyż takiego głosu mogliby jej zazdrościć aniołowie…
Et voilà!