Ona
nie mówi lecz dekretuje. Jak ktoś kto dekretuje pierworodną prawdę
której jeszcze nikt nie powiedział a nawet nie odkrył. Jej słowa są jak
werdykt uduszony do miękkości na ogniu jej samo-satysfakcji z dobrze
spełnionego obowiązku i przyprawiony jej triumfującą zgryźliwością. Jest
już duża i dobrze wie że rzeczy i sprawy o istnieniu których ona nie
wie nie istnieją. Gdy te rzeczy i sprawy usiłują udowodnić że jest
inaczej złości się. Złości i gniewa. Na rzeczy i na tych którzy je
nazwali. Jej gniew nie ma wieku. Jej gniew urodził się kilka sekund
wcześniej i kilka tysięcy lat temu. Jest zagniewana na rzeczy gdyż
istnieją nie uprzedzając jej o swym istnieniu (i oto dlaczego spędza
większość nocy na prostowaniu łuku brwi które mimo jej zaciekłego
wysiłku podnoszą się i wyginają nieprzyjemnie pod wpływem niszczącego
zdziwienia co dnia coraz bardziej). Jest zagniewana na tych którzy
nazwali rzeczy przed nią i mimo niej (i oto dlaczego spędza większość
nocy na obgryzaniu paznokci które mimo jej zaciekłego wysiłku uparcie i z
wściekłością odrastają co dnia coraz bardziej).
niedziela, 19 lutego 2012
sobota, 18 lutego 2012
Nie czyń drugiemu… ale ja naprawde musiałam!
Zwędziłam.
Ukradłam.
Zawłaszczyłam.
Nie zapytałam.
Ale jeśli Autor nakaże zdjąć, usunąć, zdejmę i usunę z mojego bloga ten arcy-komiczny rysunek, o jakże
optymistycznym przesłaniu i przeproszę solennie Autora.
Zrobiłam to wcale nie z nudów, Wysoki
Sądzie, wcale nie z nudów - parafrazując tekst Agnieszki Osieckiej.
Na
swoją obronę mam potrzebę i chęć uczynienia dobra szeroko pojętemu
ogółowi, który zawiera te małą, nic nieznaczącą drobinkę, którą sama
jestem.
Zamiast prozaku, czekolady i alkoholu.
Pókim żywi, nie traćmy nadziei!
wtorek, 27 grudnia 2011
Lustra
Lustra
Nie mogła
sobie przypomnieć, jak to się stało. Można przecież zapomnieć do imentu
dopiero co przeczytaną i najpiękniejszą w życiu książkę, wytrącić do
nieistnienia tych jedynych mężczyzn na całe, choć nie na swoje życie,
sprowadzić do niepamięci swoich nienawistnie najlepszych przyjaciół. Ale
zapomnieć żyć?
Zapominanie działo się chyłkiem, ukradkiem, aż stało się – nie wiedzieć, kiedy – zapomnieniem.
Przemknęło
jej to przez głowę po czasie wystarczająco długim, ażeby moc sobie
powiedzieć, że jest za późno. Chociaż było za późno, masochistycznie,
dla celów swej małej, prywatnej statystyki, postanowiła sobie
przypomnieć. Akt przypominania przesłonił niepostrzeżenie jego cel.
Zaczęła odmieniać lata, przypisując konkretnym wiosnom i jesieniom pełne
czarno-białych szczegółów sny (sny tak boleśnie wyraźne, że przestaje
się nimi żyć już tuż po otwarciu oczu) i nieokreślone, rozmazane do
bezkształtu marzenia (marzenia, które nie wiedzieć, kiedy przybierają
sepiową barwę nierzeczywistych, starych fotografii).
W szkolnych
czasach zdarzało się jej w trakcie roku kupować nowe, pachnące
obiecującą świeżością zeszyty, żeby w nie przepisać na czysto treść tych
starych. Gdyż te stare zeszyty z upływem pierwszych miesięcy roku
szkolnego gubiły początkowe upodobanie do ładu i staranności. Marginesy
traciły równowagę, podkreślenia kolory. Hołubione we wrześniu słowa, w
styczniu stawały się niecierpliwe i znudzone, a w lutym zamieniały się w
nieapetyczne kulfony. Wiosna przywracała słowom wagę i wyraz. Wiosną
przecież nawet życie da się przepisać na czysto.
Jak na
ironię losu, to właśnie którejś wiosny zdała sobie sprawę, że to, co się
wydarzyło, jak i to, co nie miało nigdy miejsca w ciągu ostatnich
kilkunastu lat jej życia, nie jest warte ani jednego westchnienia, ani
jednego wykrzyknika. Jej kolekcja nowych, niezapisanych zeszytów
przestała się powiększać o nowe, kupowane pod wiosennym impulsem
egzemplarze.
Nie
pamiętała zupełnie, kiedy przestała zauważać czas. Czasu było przecież
pełno wszędzie: na wieżach ratuszowych i kościelnych, w metrze i w
komputerach, na dworcach i w radiu, na ekranie telewizyjnym i na rękach
przechodniów, w telefonach komórkowych wrogów i przyjaciół, w
samochodach i w samolotach, na kuchenkach mikrofalowych i w dzwonkach na
szkolnych podwórkach.
Przeprowadzała
się co trochę, co chwila : z plecakiem, z walizkami, z przyjaciółmi, z
firmą przeprowadzkową. Hojny, nierealny czas dawał jej siebie pełno na
zapuszczenie prawdziwych korzeni. Zwłaszcza, że korzonków miała wiele:
były w nieprzeczytanych książkach, w niewysłanych pocztówkach,
nienapisanych listach. Mówiła sobie, że kiedyś tam, wyrosną z nich bujne
drzewa o mocnych korzeniach : wytworne klony japońskie, dostojne
libańskie cedry. Kiedyś. Dawała czasowi czas.
Do stojącego
w przedpokoju dużego lustra, o którym jej matka z dumą mówiła “tremo”,
spoglądała ukradkiem, niechętnie. Któregoś dnia rozpostarła na nim gęstą
jak listopadowa mgła tiulowa chustę. Polubiła wtedy przymierzanie przed
półoślepłym lustrem kapeluszy po babce, których nigdy i nigdzie nikt
już nie założy i od lat gromadzonej kolekcji uśmiechów, które na co
dzień leżą w pudełku po butach pod łóżkiem i które, choć co prawda
starannie otulone w białą, jedwabną serwetę, już niczego nie oczekują od
życia.
Nie
rozpoznawała się w lustrach, nie chciała się w nich rozpoznać, w końcu
zupełnie przestała ich używać, podejrzewając je o jakieś dziwne, okrutne
zamiary. Ale luster, podobnie jak i czasu, też było pełno.
Wszędobylskich luster, nieuniknionych w trzewiach dużego miasta, które
wessało ją w siebie wiele czasu temu. Mijała je ukradkiem, obchodziła,
odwracała głowę, jak gdyby nie chciała samej siebie przyłapać na
przyglądaniu się sobie. Gdyż przyglądanie sie swojemu odbiciu było dla
niej poszukiwaniem czasu. Domyślała się, że coś jest nie tak – przecież
widziała, jak czas wysysa czas z jej nielicznych przyjaciół i znajomych.
Dostrzegała, jak rosną im domy, brzuchy, dzieci, zdychają psy, padają
firmy.
Ale też
potrafiła wpatrywać się godzinami w swoje odbicie w małym, kieszonkowym
lusterku; poszukiwała opadających tragikomicznie kącików ust swojej
matki, jej niezdecydowanego półuśmiechu, który w każdej chwili może sie
zamienić w grymas irytacji. Rozciągała we wszystkie strony skórę na
policzkach, żeby znaleźć podobieństwo owalu twarzy, przymykała oczy w
taki sposób, żeby stały sie cienką, czujną, jasną linią, przyklepywała
włosy, wyobrażając sobie, że są koloru zmatowiałego bursztynu. Nic. Ani
śladu. Wtedy łagodnym, prawie pieszczotliwym gestem odkładała lusterko
do szuflady w łazience.
Wiedziała
natomiast na pewno, że to, co się wydarzyło, jak i to, co nie miało
nigdy miejsca w ciągu ostatnich kilkunastu lat jej istnienia, nie było
warte ani jednego westchnienia, ani jednego wykrzyknika. I wtedy
zdarzało się, że czyjeś grzecznie zatroskane spojrzenie kwitowała lekko,
że och, to tylko głowa ją trochę boli, podczas gdy jej głowa pulsowała w
tępym bólu, rozsadzana od środka kiełkującymi w mózgu świeżymi siwymi
włosami i czarnymi myślami.
Postanowiła
niszczyć i siwe włosy i czarne myśli. Z wyrywaniem małych białych
kiełków tuż przy skórze nie miała większego kłopotu. Do chwili, gdy
okazało się, że odrastając są tak samo srebrne. Czarne myśli zwalczała
najczęściej metodą ostentacyjnej ignorancji. Do chwili, gdy okazało się,
że kumulowane latami i upychane po kątach, mimo coraz grubszej warstwy
kurzu nie tracą wcale wigoru i świeżości. Zauważyła też ze zdziwieniem,
że zarówno te jej babie lata, jak i te jej ludzkie smuty wiją sie coraz
bardziej.
Swoje
przetykane srebrem włosy czesała przy okiennej szybie (nieliczna z
chwil, gdy myślała o swojej z wolna postępującej siwiźnie prawie czule,
dzięki pewnemu niedocenionemu poecie, który uwiecznił ją dla własnej
niepamięci w jedynym dobrym wierszu, jaki napisał). Czesała te swoje
długo-krótkie babie lata wyobrażając sobie, że bruzdy coraz wyraźniej
rysujące się po obu stronach jej nosa, dwie ostre linie przecinające
czoło i ociężałe kąciki ust są jedynie odbiciem gałęzi nagiej, jesiennie
trwożliwej wierzby z naprzeciwka.
Od jakiegoś
czasu na wierzbie siadał ptak, ciemny, prawie czarny. Trwożliwe gałęzie
tańczyły pod jego ciężarem a on stroszył upierzenie, popatrując
nieruchomym okiem w jej okno. Pojawiał się na drzewie, gdy tylko ona
znalazła się w pokoju. Spoglądała za szybę i właśnie nadlatywał, nie
wiadomo skąd, osiadając pewnie na chybotliwej gałęzi. Bawiło ją to na
początku, ale z czasem, gdy zdała sobie sprawę z regularności pojawiania
się ptaka, zaczęła się bać. Któregoś razu, otworzyła okno – pojawił się
natychmiast – i zadała mu nieme pytanie. Ptak odpowiedział równie
bezgłośnie jak ona: po co mi twoja dusza.
Kiedyś i
gdzieś, znalazła się w samym środku pędzącego zewsząd i na wszystkie
strony tłumu. Zawirowało nią, zakręciło. Niesiona na niepowstrzymanej,
nieludzkiej fali, ujrzała nagle na wprost siebie swoja matkę. Zdziwiła
sie w pół-sekundzie, że matka ma na sobie jej rzeczy: luźny, szary
prochowiec, finezyjnie zamotany szal, jej buty. Twarz matki drgała z
trudem pohamowywanym rozdrażnieniem, kąciki ust tragikomicznie opadały w
dół. Gdy tłum rozpuścił się w autobusie i na schodach prowadzących do
metra, zobaczyła, że stoi przed wielką, poprzecinaną taflami luster
witryną.
sobota, 24 grudnia 2011
wtorek, 13 grudnia 2011
Środa we wtorek i to 13-ego
Impulsem do mojego dzisiejszego wpisu jest tekst, który wyszedł spod pióra pewnej Pani. Czytając go, zadawałam sobie wiele pytań, zastanawiając się długo co autorka miała naprawdę na myśli. Należy bowiem pamiętać, że Pani ta w przeszłości już wiele razy popełniła różne dziwne (co najmniej) wypowiedzi. Jak choćby ta, wygłoszona w Sztokholmie, o niedoli polskich kobiet bitych przez swoich katolickich mężów. Dokładniej brzmiało to tak: „Katolicka, w przeważającej mierze, Polska, choć wolna od „honorowych zabójstw”, ma problemy ze zjawiskiem stosowania przemocy wobec kobiet, mające źródło w silnym wpływie Kościoła Katolickiego na życie publiczne. [...] Katolicyzm nie wspiera bezpośrednio, ale też nie sprzeciwia się przemocy wobec kobiet. Istnieją jednak pośrednie związki, poprzez kulturę, która jest silnie oparta na religii.” (cytat za Wikipedią).
Zatem wgryzałam się w jej ostatni tekst bardzo długo, chcąc zrozumieć czy:
a) jest on swego rodzaju przedwczesnym
prima-aprilisowym żartem lub testem na inteligencję czytelnika, do
którego został zaadresowany z przymrużeniem oka
b) jest on zupełnie poważnym felietonem,
napisanym przez poważną osobę, która analizując fakt już historyczny,
ocenia go z perspektywy i na chłodno
Jeżeli pierwsze założenie jest trafne,
to kamień z serca. Swoim artykułem Magdalena Środa dostarczyła mi
wiele okazji do głośnego śmiechu, zdrowego śmiechu powodującemu
wydzielanie się endorfin. Nawet czekolada nie miałaby przy Magdalenie
Środzie wielu szans.
A co natomiast jeśli felieton był z
założenia autorki serio-serio? Hm, tu już zaczyna się robić poważniej, a
nawet wręcz dramatyczniej. I wtedy rozbiór felietonu mógłby wyglądać
tak:
Dawno, dawno temu było sobie następujące
powiedzenie: „nic tak nie plami kobiety, jak atrament”. Paradoksalnie to
powiedzenie jest aktualne i dziś, w czasach komputerów, internetu i
wszelakich szybkich „przekaziorów”. Archiwa w sieci są pełne
wszystkiego. Niczego nie można dziś przykryć grubą warstwą kurzu i
zapomnieć. O tym wszystkim chyba nie pamięta Magdalena Środa.
Przepraszam – profesor Magdalena Środa. Nie bez przyczyny kładę nacisk
na tytuł Magdaleny Środy (jest profesorem filozofii) gdyż tytuł ten,
skojarzony z jej felietonem wysmażonym dla Wprost24, budzi
niedowierzanie i chęć bolesnego uszczypnięcia się w cokolwiek, w celu
sprawdzenia czasu i przestrzeni, w której się znajdujemy.
Do rzeczy: otóż Magdalena Środa splamiła
się felietonem „Starsza o 30 lat”. Nawiązuje on do tytułu najnowszej
książki niejakiego Wojciecha Jaruzelskiego, p.t. „Starsi o 30 lat”. O
ile w książce W.J. można z góry spodziewać się pewnego określonego
przekazu, który autor modeluje z dużym powodzeniem od wielu lat
(samodzielnie lub z pomocą wielu prominentnych postaci naszego życia
społeczno-politycznego), o tyle lektura artykułu Pani profesor budzi
zażenowane zakłopotanie, które bardzo szybko przeistacza się w
autentyczne przerażenie (no chyba że Autorka nas przekona, że popełniła
tekst satyryczny, ale póki co tej pewności nie mamy). Zakłopotanie, gdyż
starannie wykształcona i inteligentna Magdalena Środa dzieli się z
czytelnikami swoją zaiste przewrotną i szkaradną interpretacją wydarzeń i
zajść, którymi 30 lat temu żyli obywatele naszego „ludowego” wtedy
kraju. I tą pokraczną interpretacją dzieli się z czytelnikami zupełnie
na serio. A może nie tylko na serio, ale w dodatku, jak na filozofa
przystało – „filozoficznie”?
W swoim felietonie Magdalena Środa
przytacza przeróżne aspekty tamtego życia i – w wierszach jak i między
wierszami – dzieli się z nami swoim wnioskiem, że nie ma tego złego, co
by na dobre nie wyszło. I tak dowiadujemy się, że: „Okres ten stworzył doskonałe warunki
do budowy kapitału społecznego, umacniania związków przyjaźni i relacji
zaufania między ludźmi. Oczywiście relacje te miały charakter
ograniczony do małych grup, ale za to intensywny. Tak intensywny, że
Polska przeszła w stanie wojennym przez baby boom. Godzina policyjna,
brak dostępu do rozrywki, szkolnictwa oraz pracy owocował wzmożoną
aktywnością towarzyską i seksualną. A brak środków antykoncepcyjnych –
zwielokrotnioną dzietnością.”
Jednym słowem, dziękujemy ci Wojciechu
Jaruzelski za to, że dałeś nam – i to zupełnie za „friko” – możliwość
rozwoju i wzbogacania doświadczeń. Nie szkodzi, że nie wszyscy z nas
mogli skorzystać z tej darmowej i jedynej w swoim rodzaju lekcji. Wielu
zostało zamkniętych w „internatach”, a nie wszystkie one były podobne do
„złotej klatki” w Gołdapi. Wielu musiało wyjechać za granicę, gdyż
zafundowałeś im bilet w jedną stronę. Wielu straciło pracę. Wielu za
granicę wyjeżdżało w geście bezsilnej rozpaczy i na ochotnika oraz wbrew
władzy, po karkołomnych i długotrwałych staraniach o paszport, z
kilkunastoma dolarami w kieszeni na dobry początek, które to dolary
komuna pozwoliła im kupić w banku na tzw. książeczkę dewizową.
Uwaga Magdaleny Środy dotycząca „baby
boomu”. No cóż, pani profesor, ponieważ sposób na zwiększenie pogłowia w
naszym kraju jest według Pani tak prosty, to - w obliczu nadciągającej
klęski przyrostu naturalnego – zróbmy sobie taki mały stan wojenny,
zabierzmy obywatelom piloty i prezerwatywy oraz tym podobne. No i niech
się biorą do pracy, ku chwale ojczyzny. W czasie gry wstępnej niech
poczytają sobie Husserla czy Heideggera (do których ma Pani słabość,
sądząc po lekturze Pani tekstu) albo Marksa, zaś post factum niech się
nawzajem przepytają, celem utrwalenia wiedzy.
A może Magdalena Środa używa w tym
akapicie figury retorycznej, której ja, nieobeznana z subtelnymi
sposobami przekazu czytelniczka, nie rozpoznałam i nie pojęłam? Bardzo
bym sobie tego życzyła.
Polska zaradność według Magdaleny Środy wygląda tak: „Stan wojenny motywował też do
zintensyfikowanej zaradności: zdobycie masła, mięsa czy dostanie się do
domu z dalekich stron miasta przed godziną policyjną albo w czasie jej
trwania było nie lada wyczynem.”
Wiem, że było wyczynem. Wielu z nas to
wie. Pamiętam dobrze, jak wyglądało wtedy moje miasto tuż przed 10-ą.
Nasza wiedza „nabyta” na filmach wojenno-okupacyjnych świetnie się
sprawdzała w nowych warunkach stanu wojennego. Przemykające się cienie,
nerwowe wyczekiwanie na ostatni tramwaj, chowanie się po bramach na
odgłos ciężkich, wojskowych butów. Zaś w kontekście słabego lub wręcz
nieistniejącego zaopatrzenia w podstawowe artykuły żywnościowe, czy też
inne „luksusowe” dobra konsumpcyjne (przysłowiowy papier toaletowy…)
użyła pani profesor sformułowania „zdobycie”. Też takiego określenia
używałam – lecz dopiero teraz, po przeczytaniu artykułu filozofa i etyka
Magdaleny Środy zdałam sobie sprawę, jak dalece byliśmy wtedy upupieni i
zastraszeni. Przez wojnę, którą wypowiedziała nam nasza „władza”.
Bardzo zabawnie i żartobliwie autorka
felietonu przypomina nam zasługi rzecznika rządu, który umilał nam za
pomocą jedynie słusznych mediów szare i długie wieczory zimowe: „Z powodu zmilitaryzowanych i
monotonnie propaństwowych mediów (stan nudy przerywała czasem
konferencja Jerzego Urbana, gdzie śmiechom i żartom nie było końca) rósł
udział Polaków w kulturze wysokiej”.
To teraz ja żartobliwie zapytam Magdalenę
Środę, czy już napisała dziękczynny list do świetnie prosperującego w
dzisiejszej nowej rzeczywistości Jerzego Urbana. Urbana, który
rozśmieszał nas w tamtych latach do łez ze szklanego okienka, a który
dziś kontynuuje swoje obrzydliwe dzieło na łamach pewnego plugawego
pisemka? Jeszcze NIE napisała Pani tego listu?
Hmm, mam problem z „rosnącym udziałem w
kulturze wysokiej” – może Pani zechce mi dać jakieś konkretne przykłady?
Niech i ja się pośmieję. A może nie mieszkałyśmy wówczas w tym samym
kraju? Może ja pomykałam sobie po ciemnych zaułkach z klapkami na
oczach i nie dostrzegałam przejawów rośnięcia owej kultury.
Pisze Pani dalej, że „…wojskowe
reżimy lubią stroić akty przemocy w narodową muzykę poważną. Jej
dostępność – można nawet powiedzieć – uporczywa dostępność niewątpliwie
przyczyniła się do podniesienia edukacji muzycznej oraz patriotycznej
społeczeństwa. Bardzo ważnym aspektem stanu wojennego było też
zwiększone czytelnictwo”.
No tutaj to już zupełnie zgłupiałam i nie
wiem czy mam się śmiać za sprawą Pani sarkastycznego humoru, czy jest
jednak Pani serio-serio felietonistką. Czy sądzi Pani, iż wielokrotnie
powtarzany (czyli nadużywany) Mazurek Dąbrowskiego jest dowodem na
podniesienie edukacji muzycznej i stopnia patriotyzmu? Nnno… może
jednak jest coś na rzeczy… Będę musiała to jeszcze raz przemyśleć. Co
do czytania – niezupełnie się z Panią mogę zgodzić. Mianowicie jest
prawdą, że wtedy ludzie czytali więcej – ale nie z powodu stanu
wojennego! Czytali ci, co zawsze czytali, co czytają i co czytać będą.
Ci, którzy kulturę czytelniczą wynieśli z domu i szkoły. Ci, którzy będą
czytać niezależnie od takich czy innych politycznych okoliczności
przyrody. A nie odnotowała Pani w swoich doświadczeniach zjawiska
„emigracji wewnętrznej”? Gdy reżimowe dwie telewizyjne gadaczki nie
dawały oddychać, czytało się książki i dyskutowało się na ich temat. Nie
było też wtedy tak licznych „zaprzyjaźnionych” stacji telewizyjnych,
które robią dziś ludziom sieczkę z mózgu. Nie było różnych tytułów
prasowych, które używając majstersztyków socjo-technicznych „jadą” na
najniższych ludzkich uczuciach. Mówi Pani, że w tym czasie zajmowała się
Pani kolportażem rzadkich książek i wydawnictw drugiego obiegu. Bardzo
mnie to cieszy. Ale to chyba jedyny radosny plus dodatni, jaki
odnotowuję osobiście w pani artykule.
Pisze Pani, że jej „…francuscy
znajomi uwielbiali tu przyjeżdżać! Już na granicy z Polską przeżywali
dreszcze emocji, wioząc na przykład zamówiony sprzęt drukarski. Potem
mogli się fotografować przy czołgach i zomowcach, a ucieczka przed
szarżującymi siłami porządkowymi lub oberwanie gumową pałą stanowiły
niezapomniane wspomnienia. Dzięki czemu poważnie wzrósł potencjał
turystyczny kraju. Niestety, wycofanie się ze stanu wojennego
roztrwoniło go bezpowrotnie.”
Rozbrajający jest ten akapit poświęcony
zjawisku „turystyki kwalifikowanej”. Nie słyszałam o nim wcześniej,
zatem mogę pogratulować Magdalenie Środzie ciekawych, wręcz
ekscytujących przeżyć, z czołgiem w tle. Ba! Z zomowcem w tle. Jedna
moja – nomen omen francuska – znajoma znalazłszy się w moim mieście w
stanowo-wojennym czasie, nie zdążyła nawet do końca wydobyć z torby
swojego aparatu, a co dopiero zrobić zdjęcia. Została przywołana do
rzeczywistości groźbą zarekwirowania mienia. Cóż, miała Pani szczęście
do miłych zomowców i jeszcze milszych milicjantów.
Jeżeli Pani felieton mam przyjąć zgodnie z
Pani ewentualną intencją „na poważnie”, muszę i ja dorzucić kilka
nostalgicznych myśli. Że strasznie mi żal koksowników, tabunów zomowców i
milicjantów, armatek wodnych, gazów łzawiących oraz biegów po zdrowie
(jeśli ktoś nie wie, co to ostatnie oznaczało, niech spyta Magdalenę
Środę). Że brak mi widoku nudzących się na tle pustych półek
sprzedawczyń w sklepach. Brak chleba omaszczonego musztarda, a przy
święcie to nawet i pasztetem mazowieckim z puszki. Brak talonów czyli
kartek na cukry, mąki, kasze, mięcha, benzynę, mydło, papierosy,
cukierki, buty i parę innych zupełnych drobiazgów. Zaś najbardziej
żałuję utraconego na zawsze „potencjału turystycznego”. Tyle dewizowego
szmalu poszło się paść tylko dlatego, że pewien generał odwołał wojnę ze
swoim niepokornym społeczeństwem…
Na zakończenie pisze Pani jak następuje:
„Palacze nie mogli palić, pożeracze
masła, mięsa czy sera nie mogli pożerać; wszyscy musieli się jakoś
radykalnie samoograniczać. Miało to znaczenie dobroczynne nie tylko z
powodów zdrowotnych, ale również moralnych; Polakom udawało się
skutecznie unikać pokus konsumpcjonizmu. W stanie wojennym również
władza miała do wykonania wiele zbożnych prac: cenzurowała,
kontrolowała, podsłuchiwała, pilnowała, straszyła. W przeciwieństwie do
dziś – wiadomo było, co robi. Był ład, porządek i monopartyjność. No, w
sumie – fajnie było..”
To jednak chyba nie jest tekst z kabaretu
rodem. To nie jest tekst opublikowany przez czasopismo, które mogłoby
być potomkiem „Szpilek” czy „Karuzeli”. To jest tekst opublikowany w
czasopiśmie pretendującym do nazwy czasopisma opiniotwórczego. To jest
tekst napisany przez kogoś, kto prawdopodobnie nie ma nic przeciwko
byciu nazywanym „autorytetem moralnym”. I dlatego właśnie jest ten tekst
tak przeraźliwie smutny i duszący.
W tym to czasopiśmie Magdalena Środa
wyznaje, że tęskni za ładem, monopartyjnością i brakiem
konsumpcjonizmu. Pozostając w tej logice, może należałoby od ludzi
skonfrontowanych z wojenną gehenną w 1939 r. też oczekiwać wyznania, że
było fajnie? A od tych, którzy głodowali w obozach koncentracyjnych i
sowieckich łagrach, że przynajmniej wiedzieli i widzieli, co robi władza
i że summa summarum się jedynie „samoograniczali? Co Pani na to? Może
się jednak podzieli Pani z nami swoimi intencjami, jakie ją umotywowały
do takiego a nie innego sposobu pisania? Śmichot to jest czy
przeanalizowane i zsyntetyzowane wspomnienia sprzed 30 lat?
Ostatnie zdanie z artykułu Magdaleny Środy brzmi: „Szkoda, że mogę to docenić i cieszyć się tym dopiero po 30 latach”
Parafrazując to zdanie powiem, że szkoda,
iż musieliśmy doczekać takich czasów, gdy ludzie tacy jak Magdalena
Środa sprawują rząd dusz narzucając nam swoje chore, wypaczone wizje.
Oczywiście jeżeli wszystko to, co Magdalena Środa napisała, jest
napisane serio-prawdą…
Jeżeli zaś jest to napisane śmiechem i z
założenia budzić w nas ma śmiech, tym bardziej chrońmy naszą pamięć, oby
nasze wspomnienia nie rozpuszczały się jak kartkowe mydło i nie
„samoograniczały” do braku teleranka 13-ego grudnia roku pamiętnego …
p.s. Wyznać muszę, że ja też w pewnym
sensie z rozrzewnieniem wspominam tamten czas. Stan wojenny mnie dopadł,
gdy byłam młodą, rozwijającą się istotką, człowiekiem en devenir i
zachłannym wszystkiego: przyjaźni, miłości, dóbr kultury,
samodzielności… Jestem parę lat młodsza od Magdaleny Środy, ale mam
wrażenie, że dzieli nas pokoleniowa przepaść. Dzieli nas również to, że
to nie ja uczę studentów filozofii i etyki.
p.s. 2 Dzisiejsza Rzeczpospolita informuje, że: „…
w Brukseli zostały upublicznione dokumenty NATO z okresu stanu
wojennego. Sojusz nie zaobserwował ruchów wojsk radzieckich wskazujących
na możliwość wejścia do Polski.” Kolejny dowód na to, że stan wojenny został wymyślony i wprowadzony samodzielnie i niezależnie przez Wojciecha Jaruzelskiego.
czwartek, 8 grudnia 2011
Konspirator
Konspirator
Wybrał
anonimat i konspirację. Dlatego że świat zupełnie oszalał a ludzie
sądzą że są bezkarni i mogą sobie pozwolić na wszystko. Jego opór jest z
góry skazany na niepowodzenie gdyż świat liczy sobie tysiące lat a jego
osobista wojna zrodziła się dopiero co ze związku wstydliwej
bezradności dnia i rozpaczy wykrzyczanej bezwstydnie nocą. Jego mała
wojna uczy się jeszcze chodzić i nie potrafi ogarnąć sensu pytań
dlaczego kto i jak. Nosi nauszniki które przekształcają cywilizację w
ciąg świstów i pomruków. Oczy ma zakryte ciemnymi okularami o
lustrzanych szkłach które czynią go jasnowidzem (okulary nazywane są
„słonecznymi” nie wiedzieć czemu gdyż słońce urodziło się martwe w
podziemiach metra). Czyta jutrzejszą gazetę którą trzyma do góry nogami
bo przecież czy tak czy inaczej przyszłość nie istnieje.
środa, 7 grudnia 2011
wtorek, 6 grudnia 2011
Aktualności czyli uwaga na przebierańców!
Nic na to nie mogę poradzić, ale lubię tradycję. Zwłaszcza tę tradycyjną tradycję wolę od tej nowej, świeckiej tradycji. (Aż pcha się pod klawiaturę wtrącenie z jednego najbardziej cytowanych polskich filmów: „a właściwie to kiedy wy obchodzicie wigilię?”).
Lubię
pisanki i baranka z cukru w Wielkanoc, bukiet z kwiatów polnych i ziół
na Matki Boskiej Zielnej. Lubię robić samodzielnie palmę na niedzielę
palmową, lubię kolędy i pastorałki na Boże Narodzenie. Lubię gwiazdę
betlejemską na szczycie choinki, zamiast przedmiotu pociągłego kształtu,
zwanego „czubkiem choinkowym”. (Swoją drogą myślę sobie, że tę nazwę
wysmażyli ci sami od zwisu męskiego, z nie tak bardzo odległych czasów
peerelu). Lubię też dzień, który wypada 6-ego grudnia. Coraz mniej z li
tylko podarkowych względów (choć podarki tego dnia przyjmuję z
radością) – lubię ten dzień ze względu na arcyciekawą postać świętego i
wbrew zakusom kusego, żeby odebrać świętemu co jego jest.
Dzień
6 grudnia jest rocznicą śmierci biskupa Mikołaja z Miry, (dzisiejsza
Turcja). Zaczęłam od końca nie bez kozery – gdyby umarł w inny dzień,
prawdopodobnie właśnie ten inny dzień byłby jego świętem. Świętem
człowieka bogatego, który wszystkie swe dobra doczesne rozdaje biednym i
potrzebującym.
Jest
biskup Mikołaj patronem wielu krajów i miast (np. Grecji, Rosji,
Bydgoszczy i Antwerpii). Dba o cukierników, piekarzy, kierowców,
więźniów i studentów. Prawdziwie uniwersalny i przede wszystkim ludzki
to święty. Sprawca dobrego, bohater legend. Znaleźć można w Internecie
wiele opisów jego działalności – dla leniwych, pierwsze z brzegu źródło
to oczywiście wikipedia, pod hasłami: święty Mikołaj i Mikołaj z Miry.
Ja najbardziej chcę się skupić na portretach biskupa Mikołaja.
Do XIX wieku jest on przedstawiany tak:
A w taki sposób pisze go Jerzy Nowosielski – to już wiek XX, a może nawet XXI:
Piękny, prawda? 
Zaś poniżej – przebierańcy, wymyśleni dla celów reklamowych pewnego napoju.
Który skądinąd lubię.
W
taki właśnie sposób w 1931 roku przedstawiano Mikołaja w Stanach
Zjednoczonych. Firma c-c, na której to zlecenie święty otrzymał nowy
„imidż” zarobiła i zarabia nadal całkiem spore kokosy (pomimo, iż - jak wszyscy wiemy, w c-c moczy się stare, zardzewiałe śrubki, żeby stały się młodymi, błyszczącymi śrubami...).
Prywatnie,
jeden z dwóch panów nazywa się Died Maroz, a drugi Diadia Wałodia. Ten
pierwszy ponownie robi zawrotną karierę w Polsce. A to dzięki wybiegom
różnych „pijarowców” od siedmiu boleści, którzy wiedzą, że pamięć
ludzka jest krótka,. Pojawia się zatem ów Dziadek Mróz tu i tam, przy
okołoświątecznych okazjach. Niżej – dowód na istnienie Dziadka Mroza w
Polsce anno domini 2011, Sądzę, iż dowodów na istnienie Diadii Wałodii
przedstawiać nie trzeba.
Przenieśmy się teraz nad morze, a konkretnie do Kołobrzegu. Hotel nazywa się Jantar.
Jeśli o mnie chodzi, przez owego Dziadka Mroza nawet zanętowy szlafrok im nie pomoże…
I
taki właśnie portret towarzyszy nam od wielu lat. Dzieci dzisiejsze,
poproszone o narysowanie świętego Mikołaja, bez wahania sięgają po
czerwoną kredkę i rąbią reklamkę coca-coli. Gorzej, że 6-ego grudnia
cały świat zamienia się w jedną wielką reklamę coca-coli. Ba, żeby to
jeszcze od 6 grudnia, ale niestety to szaleństwo „kupiecko-wydawnicze”
towarzyszy nam już od mniej więcej początku października.
A
tutaj dowód na przezorność pewnej instytucji – zdjęcie zostało wykonane
w połowie sierpnia… A dokładniej – 15 sierpnia, o czym zaświadczyć
mogę ja sama, datownik mojego aparatu jak i biało-czerwone po prawej stronie.
Nie ma się co dziwić, że banki się bogacą. Trzeba ciąć co się da, zbierać ziarnko do ziarnka, itepe, itede.
Obywatel C-c się panoszy. W kinie, w Lublinie, w metrze i w swetrze…
A my płyniemy z prądem. Bo tak robią tak zwani „wszyscy”. Bo tak łatwiej. Bo tak lepiej.
I nikt jakoś nie chce pamiętać, że tylko martwe ryby płyną z prądem…
niedziela, 4 grudnia 2011
Aktualności czyli muzykalne Barbórki
Barbara to dzisiejsza solenizantka. Nie
sposób o niej nie pamiętać. Święto patronki górników obchodzi się od
morza do Tatr. Jej imię nosi w Polsce co 50-a osoba płci pięknej. Jeżeli
ktoś chce zadać sobie trochę trudu i wyliczyć, ile Barbarek mamy w
kraju, niech liczy i do mnie napisze. Będę zobowiązana.
Imię to wywodzi się z greckiego
przymiotnika „barbaros”. Słowo to desygnowało każdego, kto nie był
Grekiem, czyli po prostu cudzoziemca. Poprzez łacinę nabrało
nowego,dzisiaj jeszcze aktualnego znaczenia: barbarzyńcy.
O tym, że Barbary nie muszą być
barbarzyńcami, będzie ten wpis. Postaci, które zaraz muzycznie się
przedstawią, są ucieleśnieniem łagodności, figlarności, melancholii,
piękna, inteligencji, talentu…
Zatem, w kolejności zupełnie przypadkowej, oto One:
| Bardzo zapomniana - a szkoda - Barbara Rylska. (Portugalczycy proszeni są o niesłuchanie tej piosenki) |
| po prostu Barbara... (poniżej najnajnajpiękniejsza - jak dla mnie - piosenka Barbary, która zresztą nazywała się zupełnie inaczej; ale to przecież nikomu nie wadzi, zwłaszcza Barbarom) |
| Barbara Bonney - z tą Barbórką spotkałam się pierwszy raz właśnie dzisiaj; zobaczymy, czy z tej znajomości coś wyniknie… |
| Barbara Kraftówna - w roli zupełnie innej, niż można było się spodziewać, patrząc na jej zdjęcie z filmu Wojciecha J.Hasa |
sobota, 3 grudnia 2011
Portrety
| Biały Królik, jak to Biały Królik, ciągle gdzieś się śpieszy. A właściwie nie gdzieś, tylko na podwieczorek do Królowej. |
| L`Arroseuse arrosee. Albo – kto pod kim dołki kopie – jak kto woli. |
| Karnawał w W. W jak Wetlina. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)