wtorek, 12 czerwca 2012

Rozmowa


Rozmowa

On mówi że nie lubi ludzi którzy mówią zbyt głośno. Ona chciałaby powiedzieć mu to samo.  Chciałaby mu powiedzieć że boi się tych którzy przemieszczają się z prędkością światła nie rozświetlając niczego.  Tych którzy przemieszczają się z jednego bieguna emocji na drugi nie pozostawiając najmniejszej cząsteczki ciepła na swej trajektorii. Tych którzy torturują jej uszy i obijają głowę łomotem nieodprowadzanych ciężkich drzwi.
On mówi że dla ludzi którzy mówią zbyt głośno szary nie jest kolorem ani niuansem.  Że są jak tropikalne wybujałe kwiaty. Że ocierać się o nich to tak jak żyć w miejscu gdzie słońce jest okrągłe i palące przez cały dzień. Że ocierać się o nich to jak żyć w miejscu gdzie plaża jest błękitno-piaszczysta przez cały rok. Ona chciałaby mu powiedzieć to samo.
Ale boi się mówić zbyt głośno.





niedziela, 10 czerwca 2012

Bulwersacja serdeczna

Dzwoni do mnie operator pewnej sieci komórkowej. Na wstępie wita mnie serdecznie, po czym przechodzi do meritum, czyli nowej, wspaniałej oferty. Zwraca się do mnie: Pani Ato. Po zakończeniu sprawy, żegna mnie serdecznie i pozdrawia. Jestem wzruszona.
Dostaję mail od pewnej bankowej sieci consultingowej (nie, nie łudźmy się, nie była to sieć doradcza, tylko właśnie consultingowa), z propozycją atrakcyjnej lokaty tu i tam. Doradca wita mnie  (tak tak) serdecznie, a na końcu mnie serdecznie pozdrawia. Jestem poruszona. Czuję się kochana.
Choć przyznam, że po chwili przychodzi mi do głowy taka podstępna myśl: może napisał do mnie ten mail będąc na wakacjach nad morzem, gdzie między pisaniem jednej kartki pocztowej a drugiej, uzupełniał zaległą korespondencję do klientów i troszkę mu się „popultało”?
Kolejny mail, od „przodującego w swojej branży dealera samochodowego”,  który otrzymuję tego samego dnia rozwiewa moje wątpliwości. Ówże dealer po klasycznym przywitaniu proponuje mi leasing i chce się ze mną umówić, w celu „spokojnego dogadania szczegółów”. Czytam ostatnią linię maila (z pozdrowieniami, a jakże) i już wiem: przecież oni wszyscy nie mogą być na wakacjach! Oni po prostu tak mają!
Dewaluacja pojęć kwitnie. Nie tylko w wyżej wymienionych dziedzinach naszego życia. Z telewizorów wylewają się hektolitry serdeczności, aż dziw, że jeszcze nie utonęliśmy. W stacjach radiowych również wszyscy wszystkich witają i pozdrawiają w zuniformizowany, „serdecznościowy” sposób. To już chyba odruchowe. A odruchowe znaczy bezmyślne. Nawet moje ulubione radio tym grzeszy.
O ile się nie mylę, zjawisko to pojawiło się stosunkowo niedawno na masową, przemysłową skalę. Zwrot „z poważaniem” czy też „z wyrazami szacunku” został wyrugowany z pism urzędowych. Czemu? Że niby staroświecki i zbyt z dystansem? No właśnie, z dystansem  – ale niby dlaczego Pan X z firmy consultingowej Y ma się uważać za mojego kumpla? Chce nadać naszej relacji posmak bliskości, wyjątkowości i jednostkowości, mówiąc do mnie po imieniu. Na koniec zrobi się tak przyjacielski i rodzinny, że mnie pozdrowi i to serdecznie. I jest pewien, że się tak fajowsko i grzecznie zachował i że coś ugrał na rozmowie ze mną…
Słowa używane wcześniej z całym dobrodziejstwem inwentarza w pewnych określonych kręgach (przyjaciele, rodzina, znajomi) przeniesione zostały w kręgi, w których bywamy klientem, petentem, proszącym, proszonym. Tam te słowa nie mają nic do roboty. Wnoszą tylko dysonans i poczucie pozorów, czasem wręcz nieufności wobec tego, który ich nadużywa.
Piękne słowo „serdeczność” pochodzi w prostej linii od „serca”. Ale od jakiegoś czasu serdecznie mnie wkurza przydawka „serdecznie”. Od jakiegoś czasu nikogo już nie pozdrawiam. Wolę wyjść na „źle wychowaną” w czyichś oczach, niż na pozorantkę w moich własnych.

Kłaniam się. Żegnam. Z poważaniem. Z wyrazami szacunku. Do usłyszenia. Do zobaczenia. 


p.s.


      


Nie – to NIE JEST MOJE. Znalazłam na internecie. Tylko coś mi nie gra… Ok, jest pozdrawiam, serdecznie, milutki, ale dlaczego dzień a nie dzionek !

Spotkania




Wielki człowiek i mały człowiek. Ale urośnie.
(Przemyśl)




 

…   
(Przemyśl)






Nie ma się co bać. Ja wolę kości. Najbardziej wołowe wolę.
(Odludzie)



 

...w jednym stali domu…
(Zamość)



 
 
My name is Polski. Gończy Polski.
(Kraków) 





wtorek, 3 kwietnia 2012

Raymond

Raymond

Wszyscy mówią na niego Raymond. Nikt nigdy się nie zastanawia jakie nazwisko ma Raymond. Czy w ogóle ma jakieś nazwisko. Dyryguje światem ze szczytu wysokiego taboretu wciśniętego między wejście i kraniec baru. Jedno z jego kameleonich oczu obserwuje przez spoconą szybę małą ciemnawą Cite des Trois Bornes w jedenastej dzielnicy Paryża przy której mieści się bar. Drugie nadzoruje jego ciasne wnętrze. Bar z kiepskim jak wszędzie cienkim beaujolais nouveau. Bistro gdzie na chybcika je się przypalonego croque-monsieur. Arabska herbaciarnia gdzie gorącą miętową herbatę leje się do małych szklaneczek unosząc dzbanek wysoko do góry.
Raymond patrzy. Raymond słucha. Raymond wie wszystko. Raymond  jest jak ten jego taboret wciśnięty miedzy wejście a kraniec kontuaru. Nikt nigdy się nie zastanawia co dzieje się z Raymondem gdy bar otępiały całodniowym gwarem zamyka drzwi ze zniechęconym trzaskiem. Przed wyjściem Raymond zmiata jeszcze niedopałki  sprzed kontuaru (już od jakiegoś czasu właścicielka Nadia nie dziękuje mu za tę przysługę nawet cieniem uśmiechu). I jeśli jego ciało rozchwiane całodziennym winnym czuwaniem mu na to jeszcze pozwala kłania się krzesłom (które sam wcześniej poskładał w wysokie kopki) kłania się stołom  (które sam wcześniej powycierał ścierką o podejrzanym kolorze) i kłania się całemu towarzystwu. Dla niektórych to  bar. Dla innych  bistro. Dla Raymonda to połowa wszechświata. Nikt nie zna drugiej połowy. Tej pomiędzy porą cieni wychodzących z baru a jękiem  naczyń mytych przed otwarciem.









poniedziałek, 12 marca 2012

sobota, 10 marca 2012

Oczekiwanie

Oczekiwanie 

Za każdym razem gdy ma pojawić się nowa przygotowuje dla niej miejsce. Walczy z kurzem który już jest i z tym którego jeszcze nie ma. Przestawia wszystko: stare i te które zjawiły się tu niedawno. One wszystkie w nocy (oczywiście zdają sobie sprawę że trzeba chwilę poczekać aż zgasi lampkę nocną i aż tabletka nasenna zacznie działać) szeleszczą swe niezadowolenie niepokój i ciekawość.  Są takie które już dawno zapomniały co jest ich treścią (galla est omnia divisa in partes tres). Są takie które użalają się na swój los (jak tak dalej pójdzie każe nam się wyprowadzić…). I takie które ze stoicyzmem próbują odgadnąć tożsamość nowo-przybywających (z całą pewnością te młode talenty które trzeba poznać ab-so-lut-nie…). Nie brak też tych które robią zakłady na temat ich wyglądu (ciężkawe i grube ubrane w krzykliwe kolory mówię wam to czarno na białym…). Polka? A jeśli wcale nie umie po polsku. Nie takie rzeczy się już czytało. Brakowałoby jeszcze tylko żeby to była na przykład książka kucharska. Jak tak dalej potrwa odłoży nas w najlepszym przypadku na bok. I okryje nas słoniowe zapomnienie które będzie się bał przepędzić.  A on w środku swego prawdziwie fałszywego snu zrodzonego z blado-różowej pigułki deklamuje całe pasaże wzięte z książek które umęczone wieloletnim odpoczynkiem na dębowych półkach marzą o czytelnikach cierpiących na amnezję.








niedziela, 19 lutego 2012

Złośnica

Złośnica

Ona nie mówi lecz dekretuje.  Jak ktoś kto dekretuje  pierworodną prawdę której jeszcze nikt nie powiedział a nawet nie odkrył. Jej słowa są jak werdykt uduszony do miękkości na ogniu jej samo-satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku i przyprawiony jej triumfującą zgryźliwością. Jest już duża i dobrze wie że rzeczy i sprawy o istnieniu których ona nie wie nie istnieją. Gdy te rzeczy i sprawy usiłują udowodnić że jest inaczej złości się. Złości i gniewa. Na rzeczy i na tych którzy je nazwali. Jej gniew nie ma wieku. Jej gniew urodził się kilka sekund wcześniej i kilka tysięcy lat temu. Jest zagniewana na rzeczy gdyż istnieją nie uprzedzając jej o swym istnieniu (i oto dlaczego spędza większość nocy na prostowaniu łuku brwi które mimo jej zaciekłego wysiłku podnoszą się i wyginają nieprzyjemnie pod wpływem niszczącego zdziwienia co dnia coraz bardziej).  Jest zagniewana na tych którzy nazwali rzeczy przed nią i mimo niej (i oto dlaczego spędza większość nocy na obgryzaniu paznokci które mimo jej zaciekłego wysiłku uparcie i z wściekłością odrastają co dnia coraz bardziej).