środa, 1 sierpnia 2012
niedziela, 29 lipca 2012
Stary
Stary
Przyniósł z
szopy skrzynkę z narzędziami. Porozkładał je metodycznie i równo, jedno koło
drugiego, na rozłożonej na ziemi starej szmacie. Młotek, strug, piłka ręczna,
śrubokręt, pilnik, dłuto. Jako pierwszy pod ciosy młotka i piły poszedł stół z
jadalni. Ten ciężki, dębowy, który pamiętał odległe czasy gwarnych obiadów codziennych,
wigilijnych kolacji przy choince i śniadań wokół wielkanocnego koszyczka.
Najpierw oddzielił od blatu toczone nogi i odrzucił na bok. Spod ostrza struga
razem z bejcą czmychały okrągłe blizny po czajnikach, rondelkach i wazach. Deski
blatu pojaśniały, wybielały. Wygładził nierówności papierem ściernym i poszedł
do sypialni. Opróżnił łóżko z materaca i pościeli. Zmęczył się, przenosząc je
na podwórko. Był to ciężki, modrzewiowy mebel. I była to jedna trzecia jego dorosłego
życia - w tym łóżku kochał, chorował, śnił.
W tym łóżku urodził się jego syn. Takich solidnych sprzętów z porządnego
drewna już dziś nikt nie robi. Jego długie deski miały tę dodatkową zaletę, że
nie wymagały wielu łączeń.
Od lat mieszkał
sam, w zaniedbanym domu na przedmieściu niedużego, prowincjonalnego miasta. W
przylegającym do domu ogrodzie uprawiał rozmaite odmiany roślin. Warzywa,
kwiaty, zioła – posłuszne jego rękom i sercu - wszystko to rodziło zdrowe, dorodne
owoce. Tak było za życia żony, do której mawiał, że jest najdoskonalszym i najcenniejszym
dziełem natury. Przemierzali razem jej przykrótką egzystencję jak ten ogród, pielęgnując
z jednakowym oddaniem róże i marchewki. Gdy odeszła, a było to dawno temu,
ogród zaczął zarastać - zapomniany i opuszczony. Dzieci poszły w świat, przestały
mieć dla niego czas, zapomniały go odwiedzać i, co najgorsze, opuściła je dusza.
Rodzinne miasteczko się dla nich skurczyło; przeszkadzała im jego oswojona powolność,
przewidywalne uporządkowanie i pozorny bezwład. Wkrótce one same uładziły swoje
życie, wpisując je w rutynę i niepostrzeżenie dla samych siebie postarzały się.
Urodziły im się ich własne dzieci i nawet te, bez zastanowienia, myślały o rzadko widywanym
dziadku: ten stary dziwak.
Duży, masywny kredens,
odziedziczony po rodzicach żony, rozebrał na mniejsze kawałki w domu – nie
dałby rady wynieść go w całości sam na podwórko. Drżały mu ręce, gdy wykręcał
zawiasy przeszklonych drzwiczek jego górnej
części. Przypomniał sobie, z jakim zachwytem wpatrywały się w witrażowe desenie
kredensu jego dzieci, gdy zapadał letni zmrok. Ich spojrzenia, jak zaczarowane,
śledziły drogę wędrującego po szkle słońca. Wielokolorowe światło pieściło im półotwarte
buzie, a potem rozpraszało się na przeciwległej, białej ścianie. Mawiały wtedy,
że jest ciekawiej niż w kinie. Odłożył ostrożnie nieprzydatne, górne drzwiczki
obok kręconych nóg dębowego stołu. Ze zdjęciem dolnych drzwi poradził sobie dość
szybko, ale stalowe zawiasy stawiały opór i nie chciały opuścić drewna
skrzydeł, w których były osadzone przez wiele lat. Wziął dłuto i młotek. Twarde
drewno jęczało ale nie chciało poddać się operacji. Przy kolejnym uderzeniu
młotek ześliznął się z dłuta i uderzył go w kciuk. Nie czuł bólu, tylko patrzył
bezradnie, jak jego dłoń sinieje i puchnie.
Męczył go telefon,
nudziła telewizja, nie ciekawiły okoliczne sensacje. W miasteczku mało kto się
nim interesował. Czasem jeszcze tylko ktoś z sąsiedztwa, kiedy zawodzili
lekarze albo brakowało pieniędzy na lekarstwa, przychodził do Starego po poradę
i zioła. Bo Stary znał się na roślinach. Niegdyś mówił, że wyssał ten dar z
mlekiem matki. Wiedzę zaś, której mu matka nie dała, chłonął czytając i
eksperymentując. Na przechadzki do lasu czy na łąkę zabierał zawsze stary Klucz
Rostafińskiego o kremowych kartkach. Znał receptury ojca Klimuszki, stosował
się do porad Hildegardy z Bingen. Od wiosny do późnej jesieni chodził boso o
świcie po rosie, co według świętej Hildegardy dobrze wpływa na odporność i reumatyzm.
Prawie nigdy nie chorował - nie wiedzieć, czy z powodu rodzicielskich genów,
czy z powodu przestrzegania zaleceń swoich mistrzów. Był już wiekowy - tak
sędziwy, że mógł spotkać swych bliskich przyjaciół jedynie na pobliskim
cmentarzu.
Obwiązał rękę
ciasno kawałkiem bandaża i wrócił do pracy. Plecy kredensu były zrobione z
dykty. Odrzucił je niecierpliwie na
rosnący stos bezużytecznych kawałków. Wiekowe półki, pamiętające całe pokolenia
zastaw stołowych, były trochę wygięte, ale mięsiste. Nie wymagały heblowania,
wystarczyło kilka minut, żeby zedrzeć papierem ściernym resztki łuszczącej się
farby. Dół kredensu okazał się równie cenny. Jego blat z wiśniowego drewna
poddawał się obróbce bez oporów. Drzwiczki, zrobione z jednolitych desek, nie
nosiły śladów korników i po usunięciu politury wyglądały czysto, porządnie. Bardzo
dokładnie przejrzał jeszcze raz wszystkie deski i deseczki, aby mieć pewność,
że nie ma w nich już żadnych śrub, gwoździ i metalowych złączek. Gdy skończył,
wziął się do strugania drewnianych kołków. Posłużyły mu do tego drobne,
najpierw niechętnie odrzucane kawałki drewna, które jakby uradowane, że też się
na coś przydadzą, pozwalały się rzeźbić i wygładzać bez sprzeciwu jego
obolałym, żylastym dłoniom. Gdy
przyszedł wieczór, poczuł się zbyt zmęczony i samotny, żeby cokolwiek
przełknąć. Położył się na kanapie w stołowym i pragnął zasnąć długim, przyjaznym
snem. Rano nie wiedział, czy ślady zacieków na suficie mu się śniły, czy spędził
całą noc wpatrując się w nie.
Miał własną
wizję przechodzenia do drugiego życia, które cywilizacja nazywa śmiercią. Był z
nią dobrze zaznajomiony. Tylu ludzi umarło mu na rękach - takich, którym nikt
już nie mógł pomóc, nawet on sam. Swoją własną śmierć, swoje własne drugie życie
postanowił oswajać, tak jak oswaja się dzikie zwierzę. Bez zbytniej nadziei na
powodzenie, ale z wiarą, że w obliczu nieodgadnionego-nieuchronnego, stać
będzie mógł wyprostowany, jak przed równym sobie, patrząc w oczy bez strachu.
Umierając na
dużym, modrzewiowym łożu, jego żona wyznała, że boi się zostać pochowana
żywcem. Prosiła, żeby odwlekł jak najdłużej pochówek, aż będzie mieć pewność,
iż jej ciało nie odpowiada na żadne zewnętrzne bodźce. Czekał zatem dwa
tygodnie, paląc u jej wezgłowia pachnące suszki, aż dom przesiąkł wonią
mieszanki nagietków, macierzanki i rozkładającego się ciała. Na cmentarzu nie
płakał i z nikim nie rozmawiał, czego nie mogły mu wybaczyć jego dzieci. Wyjechały
zaraz po pogrzebie, śpiesząc do swoich spraw, do dorastających dzieci, których
przez delikatność nie przywiozły na pogrzeb babki. A on tylko schudł jeszcze
bardziej, dziwnie wyprostował a jego ostry nos przybrał wręcz krogulczy, drapieżny
kształt. Sąsiedzi przestali mu się kłaniać a on przestał ich dostrzegać. Co
miał komu tłumaczyć - on, ten stary dziwak. Czy jest dziwactwem, gdy ktoś
odwraca się do świata, gdy sam świat się do niego odwrócił? Zresztą jego świat już nie istniał.
Teraz mógł
przystąpić do najważniejszej części dzieła. Nie znał się na stolarce i zespalanie kołkami desek w jedną całość
zabrało mu więcej godzin, niż przewidywał. Wkrótce przestał liczył czas - przecież i tak nie wiedział, ile mu go
zostało. Pracował w skupieniu, nie jedząc, popijał jedynie ziołowe herbatki z
czarnego bzu i mięty. Przycinał ręczną piłą drewniane elementy, dłutem i
wiertłem wgryzał się w ich miąższ, żłobiąc w nim wąskie, krótkie korytarze. Nie
używał kleju, zespalał deski kołkami siłą swych sparciałych mięśni. Jeszcze gdy gromadził potrzebne mu
narzędzia, natrafił w szopie na pokryty pajęczyną zapomnienia krąg wosku, który
dostał w podarunku od swego przyjaciela-pszczelarza. Od razu pomyślał, że
zabierze tę materię ze sobą w podróż. Podgrzewał w dużym garnku wodę, wkładał
do niego mniejszy garnek z rozdrobnionymi kawałkami tej pszczelej wydzieliny i
cierpliwie wcierał półpłynne złoto w drewno, aż uzyskało piękną, miodową barwę
i zapach letniej, wieczornej łąki. Myślał wtedy z wdzięcznością o swoim
nieżyjącym przyjacielu. Miał pewność, że
gdy przyjdzie czas, całość podda się pożarowi bez oporów, z ufnością i
wdzięcznością. Marzył z uśmiechem o trzaskających płomykach, które we właściwej
chwili spowodują konsumpcję drewnianych tkanek. A potem z sekundy na sekundę
przybierać będą na sile, ogarniając ogniem całą arkę i dokonają ostatecznej dematerializacji
jego ziemskiego bytu. Spał teraz w swoim nowym łóżku ze szlachetnego, prawdziwego
drewna. Nie było w nim ani jednego
żelaznego elementu, żadnych chemicznych dodatków. Było na miarę, trochę łaciate - bo niejednolite, nie było
chyba piękne - ale podobało się jemu. Nie
było ani za duże, ani za małe - mieścił się w nim razem ze swoimi wspomnieniami
i tęsknotami. Używał odtąd wyłącznie pościeli zdobionej ręcznymi koronkami i
haftami przez żonę. Pieścił atłas, jak niegdyś pieścił jej ciało i czuł się
wtedy znów prawie szczęśliwy. Przestał mieć kłopoty z zasypianiem, wonny sen
przychodził sam, nienawoływany, niezapraszany, bogaty w zaskakujące wizje i nieoczekiwane
spotkania. Pokochał noc i samotność.
Chodził w
dalszym ciągu po polach i łąkach, niezależnie od pory roku ubrany w zniszczoną,
tę samą od lat kurtkę przeciwdeszczową i staromodną, tweedową czapkę z małym
rondem. Z kieszeni wystawał mu Klucz Rostafińskiego – nosił go tylko z przyzwyczajenia,
znał przecież łąkę na pamięć. Zbierał rośliny, nie wiedzieć dla kogo i rozmyślał,
sam Bóg jeden wie o czym. A Bóg do niego mówił - o jego żonie, o Hildegardzie,
o zastępach troskliwych aniołów, o strachu. I wcale nie miał mu za złe ani tych
jego dziwnych, pachnących miodem nocy, ani tych wszystkich hojnych, choć już bezproduktywnych
krzyżyków, które nosił na karku.
Któregoś dnia,
poszedł na cmentarz porozmawiać z żoną. Robił to od jej śmierci codziennie.
Ponieważ było lato, zaniósł jej ciche, polne kwiaty. Ponieważ dla niego umarła
dopiero wczoraj, złożył na jej grobie głośne
słowa tęsknoty. Przyklęknął, aby położyć bukiet na ziemi i poczuł uderzenie
gorąca a świat zatańczył mu pod stopami. Gdy dozorca cmentarza znalazł go pod
wieczór, leżącego na wznak, Stary uśmiechał się.
Dwa dni później
w miasteczku pojawili się syn i córka Starego. Syn był wysoki i łysiejący. Mimo
krępej sylwetki, miał szczupłą twarz i ostry nos ojca. Córka miała jego bladozielone
oczy i ciemne włosy po matce. Gdy wchodzili do domu, tu i ówdzie przyczajone wspomnienia
krzyczały coś do nich w swoim dziecinnym języku, ale oni ich nie słyszeli.
Dostrzegli natomiast obfitość chwastów w ogrodzie i ogołocone z mebli pokoje. Wymienili
znaczące spojrzenia na widok leżącej na środku sypialni wyłożonej białą,
haftowaną pościelą, nieporadnie
skleconej trumny. Narada była krótka - będą nocować w hotelu. Nazajutrz udali się
do miasteczka dopełnić ostatnich formalności.
Starego
pochowano obok jego żony, w nowej, obitej niebieską materią i błyszczącej świeżym
lakierem trumnie, z malowanymi na złoto, metalowymi uchwytami.
poniedziałek, 23 lipca 2012
Igły
Igły
Przebudził ją
ostrym szarpnięciem jej własny lęk. Ocknęła się z ulgą, że udało się jej nie zapamiętać
na szczęście niczego. Rozedrgana przebłyskiem niezapamiętanego snu, a
jednocześnie otumaniona spływającym z nieba żarem, spojrzała na zegarek. Drzemała
na skraju polany zaledwie kilka minut, ale to wystarczyło, żeby słonce w swoim
rytmicznym marszu dosięgło ją swymi promieniami.
Odwróciła twarz
w stronę słońca - święciło ostro, zapamiętale, jak gdyby chciało ją oślepić. Cofnęła
głowę i zamknęła oczy, ale jeszcze przez kilka sekund przez opuszczone powieki
widziała rozszczepione, jaskrawe płomienie. Gdy po jej twarzy przesunął się
delikatny cień przepływających po niebie pierzastych, mlecznych obłoków, otworzyła
oczy i właśnie wtedy zobaczyła tę dziewczynę, a może właściwie kobietę, później
już sama nie wiedziała jak o niej myśleć.
Ta
kobieta-dziewczyna wyszła zza zakrętu, za którym chwilę przedtem zniknął starszy
pan. Była wysoka i szczupła, choć mocnej budowy ciała. Jej długie, zebrane na
karku w luźny węzeł włosy, były zupełnie siwe - gdzieniegdzie tylko było widać
czarną nić. Mocno pobrużdżone czoło i pomarszczona wokół oczu skóra kłóciły się
z krągłymi jak u dziecka policzkami. Ubrana w ciemną, gładką i długą suknię, zmierzała
w stronę polany. Była bosa, przez co widać było wyraźnie jej artretyczne stopy,
pokryte gęstą siecią grubych, sino-granatowych żył, ale mimo to szła krokiem
szybkim i pewnym. Niosła przed sobą nieduże, jasne zawiniątko. Gdy znalazła się
na środku polany, opadła lekko na kolana i delikatnie położyła swój pakunek na
trawie. Klęczała tak wyprostowana, z głową zwróconą ku słońcu kilka chwil, jak
gdyby pochłonięta w modlitwie albo medytacji. A może po prostu cieszyła się słonecznym
ciepłem i światłem, albo przypatrywała się szybującemu nisko po niebie dużemu,
ciemno upierzonemu ptakowi. Nagle odwróciła
się za siebie - jej spojrzenie było wyniosłe, wręcz władcze - podniosła się
zwinnie z klęczek i zniknęła w alei prowadzącej do parkowej bramy.
Nigdy nie dowiedziała
się, kim była ta kobieta i czemu zostawiła je w parku. Płakało, bardzo cicho,
ale płakało. Leżało prawie nieruchomo, falowało leciutko kołysane swoim własnym,
malutkim płaczem. Gdyby nie to, można by pomyśleć, że nie ma w nim życia. Podeszła
blisko i pochyliła się nad nim - wydało jej się, że przestało płakać, ale ono
tylko przymknęło oczy i pojękiwało dalej. Jak gdyby nie chciało widzieć, że ktoś
na nie patrzy. Było całe pomarszczone, jakby się dopiero co urodziło. Na jego
malutkiej twarzy nie było strachu, ale wydało jej się, że płacze przypominając
sobie coś złego. A przecież takie małe nie maja jeszcze świadomości tego, co było.
Takie małe nie mają pamięci, przemknęło jej przez głowę. Takie małe, że nawet
ich strach jest jeszcze nieukształtowany, niedorosły.
Podniosła je z
trawnika. Nie wyciągało do niej rąk, nie opierało się. Było leciutkie, leciusieńkie.
Wszystko w nim i wszystko, co było związane z jego małym, cichutko roztrzęsionym
byciem, wydało się jej leciutkie. Nieznośnie lekki miało też oddech. Gdy wzięła
je na ręce, zobaczyła jak całe jest zaślinione. Ślina wylewała mu się kącikami
ust, spływała dwoma korytkami na szyję, żłobiąc na brodzie błyszczące koleiny. Zobaczyła
to dopiero z bliska, podniósłszy je do góry - złapała je pod pachami, nie czując
wcale jego ciężaru. Obróciła je plecami do słońca - tak, aby ostre światło nie mogło
dotykać jego twarzy. Wtedy właśnie zobaczyła, jakie jest zaślinione i że co
chwilę wysuwa język. Język był sino-czerwony. Pomyślała, że tak wygląda szkarłat.
Albo amarant. A może purpura.
Zawstydziła się
i położyła je sobie na kolanach. Patrzyło w jej stronę, ale nie wiedziała czy
ją widzi, czy patrzy na nią. Przestało się bać, czuła to. Nie wiedziała, czy ono wyczuło jej strach, a
ona przecież bała się i to bardzo. No ale co miała zrobić, gdy tamta położyła
je na trawniku i poszła sobie? Poszła sobie, zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu.
Zostało ono, z krwisto-czerwonym językiem na brodzie. A poza nią nie było w tej
chwili w parku nikogo. Wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i wytarła mu buzię. Gdy
jej palce prześliznęły się niechcący po tym nieszczęsnym języku - zatchnęło się
a ona poczuła ukłucie. Coś ukłuło ją w palec - jego język ukłuł ją w palec a
ono zakwiliło. Dotknęła go nieśmiało, choć bez odrazy - poczuła, że z języka
wystaje mu coś cienkiego i ostrego. Coś jakby igły, kolce czy żądła wystawały gęsto
z jego języka, jeden przy drugim. Pomyślała sobie, że gdyby nawet chciała, to
nie mogłaby tego wszystkiego wymyśleć, ani wyśnić. Nie zastanawiając się nad tym,
co robi, zaczęła delikatnie wyjmować mu igły - pozwalało jej na to, nie chowało
języka. Gdy tylko wyjmowała jedne, prawie natychmiast z tego samego miejsca wychodziły
kolejne i następne. Pomyślała, że nigdy nie da rady usunąć ich wszystkich, że
to się nigdy nie skończy. W półsekundowej beznadziei opadły jej bezwolnie ręce,
a ono w ciągu tej samej pół-sekundy zaszlochało, zafalowało, poczerwieniało i
zaraz zbladło. Ze zdwojoną determinacją zaczęła znów wyciągać z jego półotwartej,
bezzębnej buzi kolce i igły. Myślała, to straszne, że to się jej nie śni, że to
nie jest sen. Ze snu mogłaby się po prostu obudzić, jak to się już jej zdarzało
tyle razy. Obudzić sie ze świadomością, że właśnie się obudziła i nie zapamiętać
niczego, żadnego szczegółu.
Gdy pomyślała słowo
“sen”, zdała sobie sprawę, że coś podobnego się jej przyśniło zaledwie kilkanaście
minut wcześniej, gdy rozleniwiona popołudniowym upałem zdrzemnęła się w parku.
Właśnie to jej się śniło. Śniło jej się, że z jej języka wyrastają ostre igły.
Gdy tylko wyciągała jedne, na ich miejscu pojawiały się następne. A przecież
wyciągała, wyjmowała je z krwawiącego języka garściami. W tym śnie mijający ją
ludzie rzucali w jej stronę dziwne, pierzchliwo -uspokajające spojrzenia, w których
czaiła się podejrzliwość.
W pewnej chwili spostrzegła,
że na miejscu świeżo wyjętych igieł nie pojawiają się już następne. Mała,
pomarszczona twarzyczka, znieruchomiała do tej pory w obolałym skupieniu,
zaczęła się odprężać i różowieć a ona odetchnęła głęboko, całymi płucami, całym
ciałem i podniosła głowę w stronę mlecznego puchu, rozsypującego się gdzieś tam
bardzo wysoko w powietrzu. Nagle na niebie zupełnie znikąd pojawił się znowu
ten duży, ciemny ptak. Zatoczył nisko nad polaną kilka kręgów, wydało się jej,
że jego nieruchome jak guziki czarne oczy przyglądają się jej badawczo. Dziecko
rozciągnęło usta w coś na kształt uśmiechu. A może miał to być zalążek płaczu –
nigdy nie miała się już o tym dowiedzieć. Poczuła jak jakiś długi, wąski cień kładzie
się na trawniku gdzie klęczała - bosonoga kobieta-dziewczyna w długiej sukni łagodnym,
choć stanowczym ruchem, odebrała jej leżące na jej kolanach zawiniątko i zanim mogła
zrobić cokolwiek, choćby się przestraszyć albo coś wykrzyknąć,
kobieta-dziewczyna zniknęła wśród okwieconych krzewach.
Pomyślała, że
znowu męczy ją jeden z tych jej uporczywych, wieloodcinkowych sennych majaków.
Ta myśl ją uspokoiła na tyle, żeby spróbować regularnie oddychać, żeby coś
zdecydować, zdecydować, że był to znowu ten sam torturujący ją od miesięcy
koszmar i żeby z tym zdecydowaniem wstać, wrócić do domu, nalać do wanny chłodnej
wody, zanurzyć się w niej, otrząsnąć, oczyścić.
Gdy oparła na
ziemi rękę, żeby podnieść się z trawnika, poczuła nieprzyjemne, jak gdyby
metalowe ukłucie – podniosła rękę na wysokość oczu i ujrzała kilka długich i
cieniutkich igieł, które wbiły się jej pod naskórek. Akupunktura, akupresura, codziennie
od 13-ej do 17-ej, pomyślała, nie wiedząc sama, dlaczego.
wtorek, 3 lipca 2012
Spotkanie
Spotkanie
Idzie śmiała i niepewna. Jej kroki wybijają na chodniku potrójny odgłos. Pierwszy jest dźwięczny i posuwisty. Dwa następne są głuche i wydłużone. Gdy pierwszy odgłos traci równowagę i spada w otchłań rynsztoku wzdłuż przejścia dla pieszych dwa pozostałe zamierają w wielokropku.
Idzie śmiała i niepewna. Jej kroki wybijają na chodniku potrójny odgłos. Pierwszy jest dźwięczny i posuwisty. Dwa następne są głuche i wydłużone. Gdy pierwszy odgłos traci równowagę i spada w otchłań rynsztoku wzdłuż przejścia dla pieszych dwa pozostałe zamierają w wielokropku.
On kładzie rękę na jej ramieniu nie wiedząc co
powiedzieć. Czerwieni się. Myśli jakie to szczęście że ona nie może zobaczyć
jak on się czerwieni. Po czym czerwieni się jeszcze bardziej. Przechodzą przez
ulicę razem i ona dziękuje mu ledwo rozkwitłym
pośpiesznym uśmiechem. Wtedy on
zdejmuje swoją rękę z nastroszonego ramienia i wciska nagle zesztywniałe pięści
do kieszeni kurtki.
Idzie dalej ale ogląda się za siebie bez przerwy. Tak
po prostu. Jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby
szukał w oddali kogoś spojrzeniem. Przed zakrętem zatrzymuje się wyciągając
ręce z kieszeni i cofa potem wkłada je znów do kieszeni i drepcze w miejscu. Ona idzie obserwując
uważnie świat za pomocą oka białej laski. On przesuwa się niezdecydowanie krok do przodu krok do tyłu. Pomógł jej
przejść przez ulicę i myśli że powinien jej pomóc przejść jeszcze wiele innych ulic. Otwiera
szeroko oczy i chwiejnym krokiem idzie
dalej swoją drogą na oślep.
wtorek, 12 czerwca 2012
Rozmowa
Rozmowa
On mówi że nie lubi ludzi którzy mówią zbyt głośno.
Ona chciałaby powiedzieć mu to samo.
Chciałaby mu powiedzieć że boi się tych którzy przemieszczają się z
prędkością światła nie rozświetlając niczego.
Tych którzy przemieszczają się z jednego bieguna emocji na drugi nie
pozostawiając najmniejszej cząsteczki ciepła na swej trajektorii. Tych którzy
torturują jej uszy i obijają głowę łomotem nieodprowadzanych ciężkich drzwi.
On mówi że dla ludzi którzy mówią zbyt głośno szary
nie jest kolorem ani niuansem. Że są jak
tropikalne wybujałe kwiaty. Że ocierać się o nich to tak jak żyć w miejscu
gdzie słońce jest okrągłe i palące przez cały dzień. Że ocierać się o nich to
jak żyć w miejscu gdzie plaża jest błękitno-piaszczysta przez cały rok. Ona
chciałaby mu powiedzieć to samo.
niedziela, 10 czerwca 2012
Bulwersacja serdeczna
Dzwoni do mnie operator pewnej sieci
komórkowej. Na wstępie wita mnie serdecznie, po czym przechodzi do
meritum, czyli nowej, wspaniałej oferty. Zwraca się do mnie: Pani Ato.
Po zakończeniu sprawy, żegna mnie serdecznie i pozdrawia. Jestem
wzruszona.
Dostaję mail od pewnej bankowej sieci
consultingowej (nie, nie łudźmy się, nie była to sieć doradcza, tylko
właśnie consultingowa), z propozycją atrakcyjnej lokaty tu i tam.
Doradca wita mnie (tak tak) serdecznie, a na końcu mnie serdecznie
pozdrawia. Jestem poruszona. Czuję się kochana.
Choć przyznam, że po chwili przychodzi mi
do głowy taka podstępna myśl: może napisał do mnie ten mail będąc na
wakacjach nad morzem, gdzie między pisaniem jednej kartki pocztowej a
drugiej, uzupełniał zaległą korespondencję do klientów i troszkę mu się
„popultało”?
Kolejny mail, od „przodującego w swojej branży dealera samochodowego”, który otrzymuję tego samego dnia rozwiewa moje wątpliwości. Ówże dealer po klasycznym przywitaniu proponuje mi leasing i
chce się ze mną umówić, w celu „spokojnego dogadania szczegółów”.
Czytam ostatnią linię maila (z pozdrowieniami, a jakże) i już wiem:
przecież oni wszyscy nie mogą być na wakacjach! Oni po prostu tak mają!
Dewaluacja pojęć kwitnie. Nie tylko w
wyżej wymienionych dziedzinach naszego życia. Z telewizorów wylewają się
hektolitry serdeczności, aż dziw, że jeszcze nie utonęliśmy. W stacjach
radiowych również wszyscy wszystkich witają i pozdrawiają w
zuniformizowany, „serdecznościowy” sposób. To już chyba odruchowe. A
odruchowe znaczy bezmyślne. Nawet moje ulubione radio tym grzeszy.
O ile się nie mylę, zjawisko to pojawiło
się stosunkowo niedawno na masową, przemysłową skalę. Zwrot „z
poważaniem” czy też „z wyrazami szacunku” został wyrugowany z pism
urzędowych. Czemu? Że niby staroświecki i zbyt z dystansem? No właśnie, z
dystansem – ale niby dlaczego Pan X z firmy consultingowej Y ma się
uważać za mojego kumpla? Chce nadać naszej relacji posmak bliskości,
wyjątkowości i jednostkowości, mówiąc do mnie po imieniu. Na koniec
zrobi się tak przyjacielski i rodzinny, że mnie pozdrowi i to
serdecznie. I jest pewien, że się tak fajowsko i grzecznie zachował i że
coś ugrał na rozmowie ze mną…
Słowa używane wcześniej z całym
dobrodziejstwem inwentarza w pewnych określonych kręgach (przyjaciele,
rodzina, znajomi) przeniesione zostały w kręgi, w których bywamy
klientem, petentem, proszącym, proszonym. Tam te słowa nie mają nic do
roboty. Wnoszą tylko dysonans i poczucie pozorów, czasem wręcz
nieufności wobec tego, który ich nadużywa.
Piękne słowo „serdeczność” pochodzi w
prostej linii od „serca”. Ale od jakiegoś czasu serdecznie mnie wkurza
przydawka „serdecznie”. Od jakiegoś czasu nikogo już nie pozdrawiam.
Wolę wyjść na „źle wychowaną” w czyichś oczach, niż na pozorantkę w
moich własnych.
Kłaniam się. Żegnam. Z poważaniem. Z wyrazami szacunku. Do usłyszenia. Do zobaczenia.
p.s.
Nie – to NIE JEST MOJE. Znalazłam na internecie. Tylko coś mi nie gra… Ok, jest pozdrawiam, serdecznie, milutki, ale dlaczego dzień a nie dzionek !
Spotkania
Wielki człowiek i mały człowiek. Ale urośnie.
(Przemyśl)
…
(Przemyśl)
Nie ma się co bać. Ja wolę kości. Najbardziej wołowe wolę.
(Odludzie)
...w jednym stali domu…
(Zamość)
My name is Polski. Gończy Polski.
(Kraków)
sobota, 9 czerwca 2012
I po przeprowadzce
Wcześniej www.nowatrawa.blogspot.com była blogiem www.z-szuflady.blog.pl
Tam można przeczytać/obejrzeć starsze wpisy.
wtorek, 3 kwietnia 2012
Raymond
Raymond
Wszyscy
mówią na niego Raymond. Nikt nigdy się nie zastanawia jakie nazwisko ma
Raymond. Czy w ogóle ma jakieś nazwisko. Dyryguje światem ze szczytu
wysokiego taboretu wciśniętego między wejście i kraniec baru. Jedno z
jego kameleonich oczu obserwuje przez spoconą szybę małą ciemnawą Cite
des Trois Bornes w jedenastej dzielnicy Paryża przy której mieści się
bar. Drugie nadzoruje jego ciasne wnętrze. Bar z kiepskim jak wszędzie
cienkim beaujolais nouveau. Bistro gdzie na chybcika je się przypalonego
croque-monsieur. Arabska herbaciarnia gdzie gorącą miętową herbatę leje
się do małych szklaneczek unosząc dzbanek wysoko do góry.
Raymond
patrzy. Raymond słucha. Raymond wie wszystko. Raymond jest jak ten
jego taboret wciśnięty miedzy wejście a kraniec kontuaru. Nikt nigdy się
nie zastanawia co dzieje się z Raymondem gdy bar otępiały całodniowym
gwarem zamyka drzwi ze zniechęconym trzaskiem. Przed wyjściem Raymond
zmiata jeszcze niedopałki sprzed kontuaru (już od jakiegoś czasu
właścicielka Nadia nie dziękuje mu za tę przysługę nawet cieniem
uśmiechu). I jeśli jego ciało rozchwiane całodziennym winnym czuwaniem
mu na to jeszcze pozwala kłania się krzesłom (które sam wcześniej
poskładał w wysokie kopki) kłania się stołom (które sam wcześniej
powycierał ścierką o podejrzanym kolorze) i kłania się całemu
towarzystwu. Dla niektórych to bar. Dla innych bistro. Dla Raymonda to
połowa wszechświata. Nikt nie zna drugiej połowy. Tej pomiędzy porą
cieni wychodzących z baru a jękiem naczyń mytych przed otwarciem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




